Siostro! Siostro! Czyli życie z polską służbą zdrowia.

Zapewne wiele osób zgodzi się ze mną, że udając się do przychodni czy szpitala, wychodzimy jeszcze bardziej chorzy, zmęczeni i znerwicowani niż przed wizytą w tymże miejscu. Doskonale funkcjonująca Służba Zdrowia zapewnia nam całodniową rozrywkę, mimo, że być może zależy nam wyłącznie na recepcie czy skierowaniu.

Tak otóż właśnie całkiem niedawno udałam się z córką do pediatry z podejrzeniem skręcenia kostki u dziecka. Wizyta umówiona była na godzinę 9:00. Pani doktor nie czekając, aż ściągnę do końca skarpetkę z nóżki stwierdziła, że musi to koniecznie obejrzeć chirurg dziecięcy, znajdujący się w szpitalu w drugiej części miasta, po czym wydała nam skierowanie i uprzejmie pożegnała, kiedy jeszcze dopinałam sandałek. Po przeprawie przez miasto w trzydziestostopniowym upale w 7 miesiącu ciąży i z dzieckiem ze skręconą kostką dotarłyśmy do szpitala, gdzie oczywiście trzeba było zacząć od formalności, a nie pomocy dziecku. Stałyśmy więc pół godziny w kolejce do rejestracji, a gdy już przed nami stała tylko jedna osoba, w okienku pojawiła się tabliczka „Przerwa 11.00-11.30”. Dzielnie jak na swój stan przyjęłam informację i dzielnie starałam się przekazać ją dziecku, które nie wiedząc, co nas jeszcze czeka zaczęło powoli marudzić.

Po półgodzinnej przerwie, podczas której odpoczywały wyłącznie pracowniczki rejestracji, a nie my czekający z błagalnym wzrokiem przed okienkiem i wciąż przybywający pacjenci, udało nam się założyć kartę i otrzymać numerek, po czym kobieta w okienku cicho jakby od niechcenia podała nam numer gabinetu. W zgiełku, płaczu i przepychankach stojących za nami osób byłam zmuszona o poproszenie powtórzenia magicznej liczby, którą tym razem „uprzejma pani” wypowiedziała głośniej poprzedzając to wymownym sapnięciem.

Szczęśliwe z numerkiem 61 podążamy pod gabinet 94, pod którym siedzą rozproszeni pacjenci. Pamiętając wzrokowo, kto rejestrował się przede mną, staram się najpierw ustalić, który numer przebywa w gabinecie. Mój entuzjazm szybko niknie na wieść, że przed chwilą do gabinetu weszła osoba z liczbą 29.

11:40 rozpoczęłyśmy oczekiwanie. Pierwsze pół godziny moje dziecko spędziło na rozglądaniu się po innym małych pacjentach i odgadywaniu ich dolegliwości, później pozostała tylko zabawa telefonem. Sensację wśród dzieci wywołały dwie pielęgniarki pchające na łóżku przed korytarz między oczekującymi bladego śpiącego starca pod kroplówką. Jedno z odważniejszych dzieci spytało na głos: czy ten pan umarł? Usłyszało niepewną odpowiedź matki: gdyby umarł, chyba by go tędy nie wieźli. Ja również chciałam w to wierzyć.

Na korytarzu coraz więcej oczekujących. Robi się coraz bardziej duszno. Jest mi słabo, boli mnie brzuch i kręgosłup od niewygodnych krzeseł. Dziecko prosi o picie i coś do jedzenia. W sklepiku dostajemy pączka i napój jabłkowo-wiśniowy, po wypiciu którego musimy odwiedzić toaletę. Otwieram drzwi łazienki i bijący z wnętrza odór nie pozwala mi wejść dalej. Stoję w drzwiach, córka musi poradzić sobie sama. Kontroluję tylko uważnie czy dziecko dokładnie myje ręce, rzuca mi się w oczy brudna mokra podłoga i pełno zwiniętych papierowych ręczników. O przepuszczenie prosi kobieta, nie wiem, czy jedna z pacjentek, czy pracowniczka, ale wrzuca do kosza wyciągniętą z głębokiej kieszeni bezrękawnika puszkę po piwie i ukrywa ją w koszu pod stertą ręczników.

Godzina 14.00. Dowiadujemy się o dwudziestominutowej przerwie pani doktor. Wśród oczekujących pojawia się kobieta z prawdopodobnie trzyletnią córką. Dziecko ma bandaż przyklejony do czoła, spod którego sączy się krew. Rozpoczynają się kłótnie, ponieważ nikt nie chce przepuścić  zdruzgotanej kobiety. „Proszę panią, my tu czekamy od rana, wszyscy jesteśmy zmęczeni i każdemu coś dolega” można usłyszeć powtarzające się jak echo po korytarzu tłumaczenie. Ktoś jednak się zlitował. Kobieta weszła bez kolejki.

Błogosławiona 14:45 trafiamy do gabinetu. Tu pani doktor nawet dotyka stopy, ale od razu dostajemy skierowanie na drugie piętro, konieczne zdjęcie RTG. Udajemy się więc pod wskazany gabinet. Mamy szczęście, ponieważ konieczna jest ponowna rejestracja, która dokonywana jest wyłącznie do godziny 15.00. stajemy pod pokojem RTG jako czwarte w kolejce. Ze względu na mój odmienny stan nie mogę uczestniczyć w badaniu. Dziecko jest zdane na humor osoby wykonującej badanie. Oczekiwanie na wynik to 20 min, do pół godziny. Czekamy…

Po otrzymaniu wyniku „brak urazu” mamy wrócić pod gabinet 94 i WEJŚĆ BEZ KOLEJKI. Po kilku nieudanych próbach i komentarzach wciąż oczekujących udaje nam się dostać do pokoju. Pomimo braku urazu konieczne jest usztywnienie nóżki.

16:40 opuszczamy szpital, ale za trzy tygodnie znów wrócimy, by zdjąć gips. Tym razem z kanapkami, termosem i być może śpiworem…

24 przemyślenia na temat “Siostro! Siostro! Czyli życie z polską służbą zdrowia.”

  1. Jak to było?

    „Będą nas leczyć zadowoleni, dobrze opłacani lekarze, nasze dzieci będą uczyć zadowoleni, dobrze opłacani nauczyciele”…

    Swoją drogą – nie wiem, czy Cię podziwiać, czy Ci się dziwić, że w takiej właśnie, a nie innej rzeczywistości zdecydowałaś się na drugie dziecko. Bo wszystko wskazuje na to, że takich scenek będziesz wkrótce przeżywać dwa razy więcej.

    1. ssHaDee pisze:

      Jest znacznie więcej plusów niż minusów posiadania drugiego dziecka, a zawsze można żyć marzeniami, że coś się poprawi w naszej służbie zdrowia :-) pozdrawiam.

    2. ~Edi pisze:

      Ależ lekarze SĄ zadowoleni i dobrze opłacani. Na około 20 lekarzy w wieku 35-45, których sytuację znam (średnie miasto – 200tys. mieszkańców), ŻADEN nie ma mniej niż dobry dom + 2 nowe samochody. Z pracy w Polsce, dodam.

      Oczywiście „ciężko harują” na 2-4 „etatach”, z tym, że oznacza w rzeczywistości pracę z przerwami od 10 do 18-19, czyli mniej niż przeciętny wołek roboczy w pierwszej z brzegu firmie na pojedynczym etacie.

      Konkurencja rynku pracy UE zrobiła swoje – płace mamy polskie, ale uposażenia lekarzy już prawie europejskie.

  2. ~NOSTRADAMUS pisze:

    A ja tylko malkontentów, ciekawskich, narzekających i tych bez takich problemów zapytam o jedno: Ilu tam było emerytów którzy chorują od lat na to samo, a do lekarza tak na prawdę przychodzą tylko i wyłącznie pogadać, bo swoje życie spaprali do tego stopnia, że na starość nie mają ani własnych zainteresowań ani przyjaciół z którymi mogliby spędzać czas zamiast marnować czas lekarzy ?

    Taka prawda jest o przychodniach i ich stałych pacjentach.

    1. ~Kristin pisze:

      I Ty też będziesz stary i z tym bezczelnym, prostackim podejściem będziesz jeszcze bardziej samotny niż niejeden z opisywanych przez Ciebie starców. A swoją drogą może to Twoi rodzice szukają sympatii i zainteresowania w przychodniach i wcale im się nie dziwię skoro mają takiego wrednego syna.

    2. ~Krystyna pisze:

      takie tluki jak ty, nie powinny sie wypowiadac. Zycze ci zebys nie dozyl do emerytury.Emerytka jeszcze zyjaca

  3. ~ania pisze:

    Edi,trafiłes w sedno „biedy”polskich lekarzy..Ja tez bym chciala popracowac na dwoch etatach do godz.18 ,po to ,by móc spokojnie przezyc od wyplaty do wyplaty.Niestety,mam takie godz.obecnej pracy,ze nie da sie w zaden sposob tego zrobic.Innym problemem,waznym,jest brak tej pracy w moim miescie.Podejscie polskiej słuzby zdrowia do pacjentow woła o pomste; w cywilizowanym swiecie takie osoby dlugo by nie popracowaly w tym zawodzie.

    1. ~Tomadan pisze:

      Zyję i to jak dobrze. Pozdrawiam i życzę zdrowia.

    2. ~Tomadan pisze:

      … i pracuję bez pośpiechu.

  4. ~imię pisze:

    Ale jednak nosa Ci nie urwało..

  5. ~janina pisze:

    Taki system opieki zdrowotnej jest na rękę lekarzom i będą go bronić do upadłego bo przecież…… bez kolejek,w sterylnych warunkach i przy pomocy uprzejmych rejestratorek można było dziecko zdiagnozować w prywatnym gabinecie lub prywatnej przychodni które mnożą się jak grzyby po deszczu. A że matka się zapożyczy i bedzie jadła chleb z dżemem do końca miesiąca a kogo to obchodzi! Drugi raz już nie skorzysta z opieki NFZ i o to w tym wszystkim chodzi!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  6. ~Basia pisze:

    Jestem lekarzem,neurologiem, mam prywatny gabinet i pracuję w szpitalu. Na ” biedę” nie narzekam, ale „rozwalają” mnie ludzie, którym non stop narzekają jacy to Ci lekarze są źli. Przykro mi , to nie dzięki mnie są kolejki w szpitalach i nie dzięki mnie w tych samych szpitalach panuje wszechobecny syf i nieporządek, z takimi pretensjami do NFZ. Nie moja wina, że zarabiam ile zarabiam, chcecie zarabiać tyle co ja, idźcie na medycynę, jak skończycie studia i staż to pogadamy. Ja rozumiem, że lekarze są lekko mówiąc wkur*******, nie raz wredni, ja tam na pacjentów nie krzyczę, bo lepsza od nich się nie czuję, ale szlag mnie trafia, jak przychodzi do mnie pacjent po poradę, na „dzień dobry” ma listę pretensji, a później i tak okazuje się, że wie wszystko lepiej ode mnie, bo „na jakimś forum przeczytał, że…”. I nie mówcie, że sama sobie taki zawód wybrałam, więc narzekać nie mogę, bo po pierwsze jesteśmy ludźmi dorosłymi, więc wszyscy, zarówno lekarze jak i pacjenci rozum mamy, a po drugie Wam też nikt nie kazał być tym kim jesteście. Po za tym, co do emerytów niestety racja, połowa w ogóle chora nie jest, tylko to sobie wmawia, nie mówiąc o tym, że połowa przychodząc na kontrolę, okazuje się nie stosować zaleceń lekarza, a potem płacz, że nadal chorzy. Mali pacjenci, tacy jak opisana w notce dziewczynka, co prawda nie są niczemu winne, ale my lekarze naprawdę często nic zrobić nie możemy, wbrew komentarzom nie mam nie wiadomo jakich przerw, ale też chcę coś zjeść i wyjść do ubikacji. Nie wiem, może jestem wyjątkiem.

    1. ~XXX pisze:

      Wreszcie rozsądna wypowiedź. Jako pacjentka, spotykałam się w życiu zarówno z dobrymi lekarzami, jak i z lekarzami-konowałami, ale obwinianie służby zdrowia o kolejki (limity wyznacza NFZ), o papiery na podłodze w łazience (sic! chyba lekarze i pielęgniarki na złość w każdej wolnej chwili tam biegają i rozrzucają), o przerwę rejestratorek, o to, że inni pacjenci nie przepuszczają w kolejce czy o to, że lekarz skierował na RTG… to już nie wiem: głupota czy histeria? Gdzie w tym poście ta straszna służba zdrowia, jak wynika z tytułu? I ta wzruszająca scena ze starszym panem na wózku… to też dowód, że tam to sami mordercy…!

      1. ssHaDee pisze:

        z którego fragmentu tytułu wynika, ze służba zdrowia jest straszna? być może całość postu w takim świetle ją stawia, niestety przedstawiłam tylko prawdziwy, nieubarwiony dzień spędzony w szpitalu. oczywiście również spotkałam się z miłymi lekarzami, ale wpis dotyczy jednego konkretnego dnia. pozdrawiam serdecznie.

      2. ~m pisze:

        Jak ja skręciłam kostkę to rejestratorka spytała się co jest i od razu dała mi skierowanie na prześwioetlenie ( wypisane przel lekarza który mnie jeszcze nie widział) i weszłam już z wynikiem prześwietlenia. Da się jak widać zrobić za 1 zamachem tylko trzeba chcieć. Chociaż czekałam 4 godziny i myślałam że to długo.. widzę że tu jeszcze lepiej
        rodzinna też mnie odeslała na pogotowie
        kontrola za 10 dni okazała się niewykonalna – terminy

        1. ssHaDee pisze:

          dla mnie to był koszmar. do gabinetu obok stała równie długa kolejka. w połowie dnia wyszedł lekarz z gabinetu i zaczął rozglądać się po oczekujących na wizytę pacjentach. część z nich z przypadkami, które mogą sobie jeszcze poczekać odsyłał do domu a postanowił przyjąć tylko najpilniejsze przypadki tłumacząc, że wszystkich przyjąć nie zdąży. nie słuchał tłumaczenia mężczyzny, który przejechał 30 km i brał dzień wolny w pracy, by dostać się do lekarza.

    2. ~bubuś pisze:

      może i nie dzięki Tobie, ale mili też nie jesteście, a wręcz powiedziałabym opryskliwi – o ile to oczywiście wizyta z funduszu. Uśmieszek przyklejacie dopiero w prywatnym gabinecie. Nie dziwcie się ludziom, traktujecie nas jak bydło i z góry. Czasem na wizytę czeka się rok, a wchodzi do gabinetu na 5 minut (tyle ostatnio bylam i endokrynologa – w tym 3 rozmowy telefoniczne), porażka na całej linii.

    3. ~gloria65 pisze:

      Dziekuje za opis. Faktycznie tak jest i pacjenci wywalaja swoje frustracje na najmniej winnych. Najbardziej sa do tego zdolni Ci chorowici a nie chorzy. Emeryci szukaja osoby do pogadania i rozrywki. Z byle glupstwem do przychodni, zajmuja miejsce i czas a naprawde potrzebujacy czuja sie zaniedbani. Doba ma 24 godziny a lekarz tez ma swoje potrzeby. Zrozumiec go nie kazdy probuje. Mysle, ze brak satysfakcji ze swego zycia przynosza do kliniki.

  7. ~Joanna pisze:

    Jeśli sytuacja opisana przez Ciebie jest prawdziwa, współczuję z całego serca. Osobiście, mam troszkę inne doświadczenia z służbą zdrowia. Mianowicie, ostatnio nauczyłam się kolejnej rzeczy – nie umiem fruwać, a ze schodów jednak lepiej jest schodzić, niż spadać. Efekt – napuchnięta kostka i okropny ból. A do mojego ślubu pozostało zaledwie kilka dni… Postanowiłam więc wybrać się na ostry dyżur. Tak od razu. Nie do internisty, bo po co? Strata czasu! W szpitalu rejestracja odbywała się w tym samym miejscu co przyjmował lekarz, wystarczyło ustawić się do odpowiedniej kolejki, która o dziwo dość szybko szła. W razie problemów z odnalezieniem odpowiedniego gabinetu, ktoś tam (w moim wypadku sanitariusz) podpowiedział. Gdy po ok 40 minutach od przybycia weszłam do gabinetu, pan doktor od razu wypisał druczek na prześwietlenie i dla pewności zbadał kostkę i śródstopie. Na RTG żadnej kolejki nie było, pani również bardzo sympatyczna, podkreślała, że nogą ruszać mogę jedynie tak, jak mi ból na to pozwala, nic na siłę. Oczywiście powtórnie do lekarza wchodziłam bez żadnej kolejki i nikt z pacjentów nie patrzał na mnie wilkiem. Zresztą, nim zdążyłam dojść… nie dobra doczłapać się, do gabinetu, już byłam wywoływana, bo wyniki wyglądały już z monitora. Opis urazu, też był już prawie gotowy. Co ważne, gdy tylko pojawiłam się w drzwiach, od razu pod tyłek miałam podstawiony jakiś stołek, bym stać nie musiała. I to wszystko w zwykłym miejskim szpitalu. Oczywiście, po L4 do internisty udać się musiałam, ale i tam nie było najgorzej… tak więc, nie wszędzie lekarzami i pracownikami przychodni/szpitali są ludzie pozbawieni zwykłej empatii. Pozdrawiam i życzę jak najmniej urazów u córeczki :) A i u Ciebie szczęśliwego rozwiązania i oby Twoje doświadczenia z lekarzami, wkrótce uległy poprawie :)

    1. ssHaDee pisze:

      bardzo bardzo dziękuję, właściwie dziękujemy :)

  8. ~Jadzia pisze:

    Wszystko o czym piszesz się po prostu zdarza.Jest tak oczym siE przekonałam n swoim przykładzie ale jest też tak miło, że chce się krzyczeć z radości leczyłam się na rak w DCO we Wrocławiu i to szok kultura wsród i lekarzy i pielęgniarek a nawet salowych. Zrozumienie zawsze uśmiech i osobiste podejście do chorego nie wiem czy to tylko na tych oddziałach gdzie jest wszechobecna śmiertlena choroba ale jestem zachwycona, że ktoś we mnie zobaczył po prostu człowieka. Duży szacunek dla Dyrekcji bo myślę że to właśnie oni kształtują całą atmosferę tego miejsc.

  9. ~Aneta pisze:

    Do europejskich uposażeń lekarzom polskim jeszcze bardzo daleko, nie wspomnę już o bezpieczeństwie pracy. W mojej miejscowości (około 17 tys mieszkańców) średnia pensja lekarza zatrudnionego w Publicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej wynosi ok 3,5 tysiąca…jest to płaca miesięczna za etat (dodatkowe dochody to dyżury czyli całodobowa praca w oddziałach). W większości pomieszczeń wentylacja jest zła lub nie ma jej wcale…na bloku operacyjnym, w salach operacyjnych wentylacji prawie nie ma, gdzie w jednej sali o pow ok 25 m przez kilka godzin przebywa od 6-10 osób…nie wiem jak można pracować w takich warunkach, gdzie inspekcja pracy…jak wyglądają przeglądy techniczne i kto je podpisuje dopuszczając personel medyczny w takich warunkach do pracy…..
    Co do organizacji pracy wyższego personelu medycznego i lekarzy obwiniam dyrektorów poszczególnych placówek służby zdrowia… często są to Asy z nadania partyjnego…jak w głębokiej komunie.
    Pomijając szczegóły organizacyjne to najwyższy czas aby Narodowy Fundusz Zdrowia publicznie przedstawiał bilans ze swojej działalności….co dzieje się z krociami pieniędzy zaoszczędzonych na pacjentach.

  10. ~myndrek pisze:

    W zasadzie Basia napisała prawie wszystko, co było warte uwagi (większość pozostałych wypowiedzi, jak zwykle w tematyce medycznej, poniżej poziomu merytorycznego). Jedno, co jeszcze zwróciło moją uwagę: jeśli lekarz był w stanie w ciągu 6 godzin przyjąć 61 małych pacjentów, to szacun.I to, że nikt w tym całym tłumie nie przepuścił kobiety w zaawansowanej ciąży – ale to już chyba nie wina lekarza, który siedział w gabinecie, tylko kompletnego braku kultury i zwykłego egoizmu rodzin pozostałych pacjentów (zjawisko w naszym kraju boleśnie typowe).
    do Edi: przemawia przez ciebie jedynie zawiść, że sam nie możesz tak sobie „poharować”, co na pewno chętnie byś zrobił. Na szczęście, póki co, przeciętny wołek roboczy z pierwszej z brzegu firmy po pierwszych z brzegu „studiach” zaocznych (rozumiem, że piszesz o sobie) jeszcze nie może zajmować się leczeniem ludzi. A gdybyś swoją wiedzę czerpał z faktów, a nie plotek, wiedziałbyś, że w UE lekarz ma pensję w wysokości co najmniej 3 średnich krajowych i limitowany czas pracy.

  11. Anonim pisze:

    zajrzyj do kolejek na onkologii u dorosłych. Jak zaprowadzisz tam swoją matkę i przetrwasz to wszystko, to już nie będziesz narzekać na pozostałą służbę zdrowia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>