Co musi wydarzyć się w życiu człowieka, by zaczął wierzyć w zjawiska paranormalne? Co musi zobaczyć lub przeżyć? Myślę, że nie wierzymy w życie pozagrobowe do momentu aż wydarzy się coś, co zachwieje nasze przekonanie o jego nieistnieniu. Oczywiście większość historii jest wyssana z palca i przekazywana jak podczas zabawy w głuchy telefon, gdzie każda opowiadająca osoba dodaje coś od siebie, by historia stała się jeszcze bardziej mroczna. A co w sytuacji, kiedy nas spotyka coś, czego do końca nie potrafimy racjonalnie wytłumaczyć…?

Kilka lat temu córka bawiąc się moim telefonem chciała zrobić sobie zdjęcie. Ułożyła się wygodnie na dywanie i chwyciła go tak, by aparat ujął jej twarz. Cały czas obserwując jej zabawę, po wykonaniu fotografii, poprosiłam by pokazała mi ją. Na zdjęciu został uwieczniony fragment jej różowego sweterka na suwak z niebieskimi rękawami, a tłem powinien być jednolity brązowy dywan. Na zdjęciu jednak jest widoczna, co potwierdzają nawet najbardziej sceptycznie nastawione osoby, twarz, której zwyczajnie nie powinno na nim być. Oczywiście przez długi jeszcze czas czułam pewien dyskomfort, zwłaszcza gdy zostawałam sama w domu i strwożona wsłuchiwałam się w każdy nawet najcichszy szmer, z czasem jednak spokój duszy powrócił i przestałam o tym myśleć.

To jednak nie był początek dziwnych wydarzeń, ponieważ niedługo po urodzeniu córki, mała często przyglądała się jednemu i temu samemu fotelowi w pokoju i uśmiechała się do niego. Nie miało znaczenia czy leżała w łóżeczku czy na kanapie, zawsze odwracała główkę w stronę tego samego fotela… Dwoje jej dziadków nie żyje, dlatego starałam się tłumaczyć sobie, że oto właśnie gościmy babcię lub dziadka, a skoro dziecko się uśmiecha, oznacza to, że się nie boi, więc i ja (chyba) nie powinnam. To było siedem lat temu…

Teraz urodziłam drugie dziecko i kilka dni temu leżąc z nim przodem do ściany zauważyłam na ścianie przemieszczający się cień za moimi plecami od stóp w stronę głowy, gdy cień dotarł do naszych głów, maleństwo zaczęło płakać. Zabrakło mi odwagi, by obejrzeć się za siebie i tkwiłam przez bardzo długą chwilę zastygnięta w jednej pozycji…

A dziś… przygotowałam córce pościel do spania. Starannie ułożyłam poduszkę i równo wygładziłam kołdrę, po czym zamknęłam drzwi jej pokoju i zajęłam się innymi obowiązkami. Po kilku, może kilkunastu minutach wróciłam do pokoju, a poduszka miała wygnieciony, jakby od leżącej główki dołek. Oczywiście nic, by w tym dziwnego nie było, gdyby nie fakt, że byłam sama w domu…

Wiem. Zmęczenie, wyobraźnia i mnóstwo obejrzanych przeze mnie filmów o podobnej tematyce, jeszcze bardziej świdrujących w podświadomości. Wszystko to jednak robi mi odwiert w głowie popychający coraz bardziej w stronę fixum dyrdum.