Producenci żywności nauczyli nas przezorności, dzięki której spacerując między sklepowymi półkami staramy się zwracać uwagę na skład kupowanych produktów, w duchu mając nadzieję, że pasztet indyczy naprawdę jest z indyka, a konserwa zawiera chociaż (daj Boże) 20% mięsa. Z kolei markety i sklepiki wpoiły nam ostrożność dotyczącą terminów przydatności, które sprzedawcom wydają się być za krótkie i niekiedy ledwie ustawiwszy produkt na półce zapominają  po kilku miesiącach je zdjąć, bądź liczą, że klient gubiąc paragon w drodze do domu, nie będzie mógł zwrócić towaru w momencie kiedy zorientuje się, że data ważności zakupionego produktu już dawno minęła. Na pewno wszyscy niejednokrotnie staliśmy się ofiarami nienadającej się do spożycia żywności. A skoro wszyscy to i ja oczywiście.

Miałam wczoraj ochotę na przepyszną sałatkę z makrelą wędzoną. Pomaszerowałam więc do osiedlowego sklepu skoro świt i zaopatrzyłam się w rybę, bo tylko ona była składnikiem, którego nie posiadałam w lodówce. Szczerze, to nawet nie wierzyłam, że sklep będzie zaopatrzony w taki rarytas jak ryba wędzona, a jednak!

Po powrocie do domu od razu zabrałam się za sałatkę. Pozbywając rybę ości nałożyłam dość spory fragment mięsa i łapczywie zjadłam. Dopiero przełykając zdałam sobie sprawę, że smak makreli wcale nie przypomina smaku ryby, ani nawet niczego innego, co można by zjeść. W tym samym momencie w całej kuchni dało się już wyczuć przeraźliwy smród. Pijąc ogromne ilości wody zastanawiałam się jak jedząc mogłam nie tego poczuć i nie zauważyć, że ryba jest zepsuta. Nawet konsystencja mięsa była całkowicie zmieniona. Oczywiście wróciłam do sklepu demonstracyjnie głośno i wyraźnie, tak by wszyscy klienci słyszeli wyraziłam swoje niezadowolenie, po czym oddano mi pieniądze, a po makrele do sałatki musiałam gnać do sklepu dalej. Do końca dnia źle się czułam, nie wiem, czy z powodu nieświeżej ryby, czy samej świadomości, że odrobinę jej zjadłam.

Nie ulegając uprzedzeniom dziś wróciłam do sklepu, zwiększając swoją czujność przy doborze wędliny. Wybrałam najświeższą, a może świeżo umytą polędwicę, a obsługiwała mnie ta sama ekspedientka, która wczoraj zmuszona była zwrócić mi pieniądze. W domu po rozpakowaniu z folii i papieru wędliny zobaczyłam fragment palca gumowej rękawiczki, na szczęście bez elementów ludzkiego ciała i nawet śladów krwi, więc jest szansa, że ekspedientka wyszła z tego nie lada wyzwania jakim jest sprzedaż dziesięciu plasterków wędliny, bez szwanku. Niestety nie będę miała okazji tego sprawdzić, ponieważ do tego sklepu już nie wrócę, ale zastanawiam się tylko co mi to da?

Pójdę do innego, gdzie również nie pierwszej świeżości kurczaki będą myte i sprzedawane pod zaszczytną dla nich nazwą świeży kurczak. Dokładnie tak musiała robić moja koleżanka, która przez 3 miesiące pracowała w sklepie spożywczym. Mycie surowego mięsa było tam na porządku dziennym. Nie dość, że przez ten czas zniechęciła się do tego stopnia, że więcej nie planuje pracować na podobnym stanowisku, to jeszcze nabrała odrazy do „świeżych” produktów, które można nabyć.

O ile mamy pewność, że produkty z terminem ważności nadają się do spożycia o tyle kupując surowe mięso pewności nie mamy czy jest świeże, czy zostało przebadane i w jakich warunkach było przechowywane.

Pamięta ktoś jeszcze aferę w Krakowie, gdzie wyszło na jaw, że pracownicy hurtowni otrzymali zastępcze naklejki z dłuższym terminem ważności, które miały być naklejane w miejscach starych na przeterminowanych wędlinach, a mięso było godzinami moczone w wodzie, co miało służyć zabiciu fetoru? 300 kilogramów kiełbasy podwawelskiej „kąpanej” w tejże hurtowni trafiło do sprzedaży. Jak więc zaufać sklepikarzom, którym zależy wyłącznie na pozbyciu się towaru?