Wstępem do tego wpisu musi być przypomnienie bądź zapoznanie się z notatką, Uwierz w ducha czyli początki fixum dyrdum. Nie jest to więc wpis dla leniwych, którym wydaje się, że są w stanie zrozumieć istotę rzeczy, bo nikt nie zaczyna czytać książki od połowy. Ilość komentarzy pod tamtym wpisem i ich treść wystarczająco przekonały mnie, że nie w duchy wierzyć powinnam, a zacząć leczyć swoje fixum dyrdum, schizofrenie, wzrok, psychozę i depresję poporodową, jednakże mimo wysiłków, prób i wszelkich starań tego dziwnego przeczucia, że jednak coś tu jest przepędzić nie mogę.

Schizofrenii nie mam i mogą to potwierdzić wszystkie trzy osobowości, które są tu właśnie ze mną. Depresji poporodowej też nie, choć przyznać muszę, że od czterech miesięcy spać chodzę o godzinie 4.00 nad ranem, bo taki reżim narzuciło nasze pisklę. Mam za to wciąż towarzyszące mi uczucie czyjejś obecności.

Od października, bo wtedy powstał pierwszy wpis tylko, lub aż dwa razy przemknął mi cień po mieszkaniu, który nazwałam przemęczeniem, grą świateł, przewidzeniem itp.

Raz leżąc poczułam muśnięcie jakby dłonią po gołej stopie i pewna, że mąż chce mnie nastraszyć podniosłam głowę, by na gorącym uczynku przyłapać zbrodniarza, ale nikogo nie było w pokoju. Fakt ten również zmęczeniem tłumaczyłam, bo przecież już po 3.00 grubo było, a ja już tkwiłam zawieszona w półśnie.

Najgorszy był jednak cień, który kroczył przede mną po mieszkaniu i odbijał się na szafie do której właśnie podejść chciałam i nic by w tym dziwnego nie było, bo przecież i ja swój cień posiadam, ale cień ten przyspieszać zaczął i doganiać jakby i większy się znacznie zrobił ode mnie. Odwróciłam się szybko, ale znów nic nie zobaczyłam.

Od samego ducha, który być może krząta się po chacie i znaków stara się o sobie nie dawać i nawet krzywdy nie wyrządza poza uszczerbkiem moim psychicznym, straszniejsza jest chyba obawa, że kiedyś jednak wyłoni się z ciemnego pokoju, którego dzisiaj właśnie przez nieuwagę zamknąć zapomniałam i sprawi, że jednak uwierzyć będę musiała o ile najpierw na zawał nie zejdę. Straszne jest wchodzenie do pokoju i zapalanie światła, straszna samotność po zmroku, straszne wyglądanie przez okno, kiedy ciemno już na zewnątrz i straszne zasypianie, kiedy cisza w domu, na osiedlu i w całym mieście, a ja chcę i nie chcę mimowolnie się to dzieje nasłuchuję szeptów, głosów i wszystkich innych dźwięków, których jeszcze nie ma w mojej głowie.

Już niech nawet mieszka, niech się nawet do rachunków nie dorzuca, ale niech stara się uwagi na siebie nie zwracać, bo młoda jestem i nie chcę do końca życia w ciuszku z rękawami na plecach wiązanymi przesiedzieć.