Myślałam kiedyś, że wystarczy chcieć pomagać, by móc to robić, aż zdałam sobie sprawę, że nie ma nic bardziej naiwnego i mylnego. Myślałam też, że alkoholizm jest rozrywką samolubnych, zadufanych w sobie egoistów. Do momentu kiedy poznałam Jego.

Był o połowę starszym ode mnie z pozoru wyglądającym na szczęśliwego mężczyzną. Miał wszystko, kochającą żonę, dobrze prosperującą firmę, dzieci, z których na pewno był dumny. I nałóg. Początkowo, właściwie zanim jeszcze poznałam Go osobiście, a słyszałam tylko doniesienia na Jego temat, myślałam, że pije, bo to Jego kaprys, metoda na nudę, ale kiedy Go poznałam zrozumiałam istotę samej choroby i tego jak wobec niej może być człowiek bezbronny.

Kiedyś podjęłam się opieki nad Nim przez kilka dni, kiedy rodzina odwróciła się od Niego i nie miał gdzie się podziać. Łóżko i stolik, na którym musiała stać szklanką i stały zapas alkoholu – tyle potrzebował. Na zmianę z mężem czuwaliśmy przy Nim i dbaliśmy, by niczego Mu nie brakowało, choć „niczego” w jego rozumowaniu to była tylko i wyłącznie pełna butelka.

Słuchaliśmy, kiedy chciał mówić i okazywaliśmy troskę, jakiej widać, że Mu brakowało. Było mi Go żal. Kiedy patrzyłam jak nieporadnie przechyla lekko zabarwioną sokiem pomidorowym szklankę z alkoholem czułam ogromne współczucie. Widziałam, że wcale nie sprawia Mu to przyjemności i wcale nie jest to dla Niego rozrywką, tak jak sądziłam.

Zapragnęłam Mu pomóc, wyleczyć, wesprzeć. Wówczas jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo naiwna jest moja wiara, że może się udać. Schowałam butelkę. Po Jego przebudzeniu powiedziałam, że alkohol się skończył, a sklepy już niestety są dawno pozamykane. Optymistycznie stwierdził, że może to nawet lepiej, że może do rana stanie na nogi, a później już szybko dojdzie do siebie. Nie sądziłam, że tak łatwo mi pójdzie, widziałam już w myślach, jaka jestem z siebie dumna, bo pomogłam „wyleczyć” chorego. Tak pięknie brzmiały w głowie słowa „przyczyniłam się do tego”, „pomogłam mu”.

Niestety po kilku godzinach, kiedy w Jego organizmie zaczęło brakować odpowiedniej ilości alkoholu zauważyłam, że śpi bardzo niespokojnie, ma mokre od potu czoło i nerwowo oddycha. Kiedy się przebudził miał dreszcze, tak silne, że rozpraszały wypowiadane przez Niego słowa. Popatrzył na mnie błagalnym spojrzeniem i powiedział „POMÓŻ MI”.

Zaparło mi dech w piersiach. Co znaczyło „pomóż mi” w jego ustach? Czyż nie to właśnie robiłam? Próbowałam pomóc chowając alkohol, a On prosi, bym Mu go dała. Patrzyłam na Niego z żalem i nie wiedziałam co mam zrobić i jak to możliwie, że Jego definicja pomocy tak bardzo różni się od mojej?

Po tych kilku dniach już więcej nie podjęłam się opieki ani nad Nim, ani nikim innym. Długo jeszcze nie potrafiłam sobie poradzić ze świadomością bezsilności jaka dopadła mnie w momencie usłyszenia od Niego tych słów, bo przecież zawsze myślałam, że wystarczy chcieć pomagać, by móc to robić. Nic bardziej mylnego, nic.