Sprzątanie psich odchodów powinno być tak samo naturalne dla właścicieli pupilków, jak sam fakt, że zwierzak jest naturalnym dystrybutorem potencjalnego zagrożenia, w które bez problemu można wdepnąć i dzięki któremu można nabawić się licznych schorzeń i infekcji, m.in. toksoplazmozy czy toksokarozy. Wydawać, by się też mogło, że żyjemy w wystarczająco cywilizowanym świecie, by posiadacz zwierzaka miał świadomość, że wiążą się z tym obowiązki, do których należy sprzątanie psich odchodów do specjalnie stworzonej do tego celu torby.

Przykład, który opiszę potwierdzi, że niektórym do cywilizowanego świata daleko, a wiek wcale nie idzie w parze z rozumem.

Elżbieta W., bohaterka dzisiejszego wpisu jest kobietą być może zmagającą się z uciążliwymi objawami menopauzy, a być może po prostu zbyt wysokie przywdziewane 12 miesięcy w roku obcasy uciskają jej stópki. Niemniej jednak jest osobą parszywie wpatrzoną w siebie i wyznającą wyłącznie tworzone przez siebie zasady. A może po prostu uważa, że kto ma pieniądze, ten może wszystko, a reszta świata ma to nie tyle zrozumieć, co zaakceptować.

Elżbieta W. mieszka na osiedlu zamkniętym, spokojnym, zadbanym i życie wszystkim wiodłoby się sielankowo, gdyby nie piesek, który choć sam nic nie zawinił, to stał się powodem sporu ciągnącego się już od kilku lat. Wspomniane osiedle mieszczące kilkanaście domków jednorodzinnych posiada niewielki pas zieleni, który chętnie byłby przeznaczony przez dzieci do zabaw, gdyby nie fakt, że z powodu zagospodarowania dla własnych potrzeb, a właściwie dla potrzeb pieska, Ela sprawiła, że nikt nie ma odwagi postawić stopy na trawie, a mama każdego śmiałka, który podjął próbę miała problemy z doczyszczeniem obuwia z wydalonych przez zwierzaka resztek pyszności, które zapewne sądząc po rozmiarach kup otrzymuje od właścicielki.

Po kilku latach, kiedy prośby mieszkańców były wciąż ignorowane, a cierpliwość mocno nadwyrężona, postanowiono zgłosić fakt Straży Miejskiej, ponieważ zgodnie z ustawą o utrzymaniu czystości i porządku Elżbiecie należał się mandat w wysokości do 500zł, za każdą niesprzątniętą po piesku kupę. Jednak, by było to możliwie Elżbieta musiałaby być przyłapana na gorącym uczynku, a jak wiadomo interwencja Straży Miejskiej pozostawia do życzenia. Wspólnie więc uradzono, by uwieczniać na fotografiach przewinienia. Furiatka Ela wezwała dzielnicowego, który ze stoickim spokojem radził, by zażegnać spór, bo przecież wszyscy pragną żyć w zgodzie i harmonii.

Niestety. Doszło do tego, że mieszkańcy jednego z domków wychodząc rano z domu notorycznie natykali się na psie kupy na chodniku, bądź bezpośrednio w furtce. Kobieta oczywiście twierdziła, że to nie jej piesek, bo jej psinka załatwia się tylko w wyznaczonych miejscach. Zbiegiem okoliczności kupy pojawiały się zawsze po próbach interwencji.

Pewnego dnia kobieta chcąc chyba dać upust swoim emocjom i pokazać, że to według jej zasad mają postępować mieszkańcy, bo jak argumentuje osiedle zamieszkuje od 15 lat, a nie tak jak inni od pięciu, zagroziła w obecności ośmioletniego dziecka, że wezwie opiekę społeczną, ponieważ dziecko okres wakacji spędza jeżdżąc rowerem po osiedlu zamkniętym, więc w jej mniemaniu jest zaniedbane. Dla nas – dorosłych, rzecz niebywale zabawna, jednak dziecko słysząc, że ktoś miałby je zabrać przepłakało cały wieczór nie dając sobie przetłumaczyć, że nikt nigdy nie odbierze go rodzicom. Od tego momentu zaczęło budzić się w nocy, czasami nawet moczyć i nie było mowy, by samo wyszło poza furtkę. By bawić się z dziećmi musiało być odprowadzane, ponieważ obawiało się, że podczas drogi „tamta pani” je złapie i odda do Domu Dziecka. Mimo ciągłych tłumaczeń i rozmów dziecko wciąż obawiało się uprowadzenia.

Kiedy ośmiolatek widząc nadchodzącą z naprzeciwka kobietę z psem stanął zamurowany a po nogach pociekła mu strużka moczu, matka zadecydowała, że najwyższa pora udać się na Policję.

Dzielnicowy, który miał już okazję zapoznać się ze sprawą wysłuchał szlochającej matki, o tym, że przez całą tę sytuację dziecko wymaga wizyty u psychologa, a przecież walka od początku była toczona z myślą o dobru dzieci chcących bawić się także na trawie. Przytoczyła wszystkie złośliwości autorstwa Elżbiety W., argumenty, których nie dało się słuchać i groźby, że nie wie z kim zadziera.

Dzielnicowy słuchał w spokoju, przekładając długopis między palcami, po czym powiedział: mimo, że prawo jest po waszej stronie, ta kobieta mieszka tam 15 lat, ma swoje nawyki i swoje przyzwyczajenia, których nie chce zmieniać. Fakt, że nie sprząta po psie jest nie do udowodnienia ponieważ nikt nie będzie stał 24 godziny na dobę i pilnował porządku, a nawet jeśli by stał, to ta kobieta jest pewnie na tyle sprytna, że wyciągnęłaby z kieszeni woreczek twierdząc, że planowała sprzątnąć. Na chwilę obecną ucierpiało już dziecko, może być jeszcze gorzej, proszę więc iść na ugodę. Ja nie będę już interweniował, ponieważ byłem raz, zapoznałem się ze sprawą, a teraz umywam ręce.

Zapewne miał na myśli, że starej baby nikt nie zmieni, a ugoda to zapewne pozwolenie, by babsko niestosownie ubrane do swojego wieku dalej paradowało dumnie z psem pozwalając mu załatwiać się na trawę tudzież chodniki przy furtkach sąsiadów, których nie lubi i dalej im ubliżać.

Dla kobiety niezrozumiały był fakt, dlaczego dzielnicowy interweniował, w sprawie błahostki na wezwanie kobiety, a zignorował informacje, które ona mu przekazała. Dzień później okazało się, że dzielnicowy jest dobrym znajomym Elżbiety W. Sprawa w dalszym ciągu nie została rozwikłana.

Wpis przedstawia historię Renaty A.