Od dłuższego czasu zbierałam się w sobie, żeby o tym napisać, uważałam jednak, że jest to dość krępujący temat, by mówić o nim głośno, bo krępujący to chyba odpowiednie słowo. Dopiero dzisiejsza rozmowa ze znajomą skłoniła mnie, by jednak temat poruszyć, bo jak się okazało, nie jestem jedynym przypadkiem, któremu się to przytrafiło.

Być może dziwne zaczęłam, niemniej jednak wpis będzie dotyczył wszelkich fundacji, odwołujących się do naszych serc i naszego sumienia. Na każdym kroku można spotkać prośby o oddanie 1% podatku na przeróżne cele, choć zazwyczaj są to chore dzieci wymagające drogiego leczenia i rehabilitacji.

Zanim jednak opowiem o dzieciach, rehabilitacjach, naszym sumieniu i podatku, chciałabym przedstawić pokrótce historię, którą opowiedziała mi wspomniana znajoma.

Chciała się dziewczyna zaangażować w pomoc schronisku w naszym mieście. W ramach wolontariatu utworzyć bloga, promować adopcję zwierząt, przypominać o potrzebujących zwierzakach w schroniskach, zwłaszcza w okresie zimy i rozsławić w sieci nasze bezdomne okoliczne psiaki.

Wybrała się więc do schroniska, przedstawiła swoje plany, zamiary, cele po czym szybko jej entuzjazm został ugaszony chłodnym: to nie nasze schronisko tylko Urzędu Miasta i to urząd podejmuje wszelkie decyzje. Poprosiła więc o decyzję w tej sprawie i jak najszybszą odpowiedź, bo pomysły na bloga przepełniały jej głowę. Po dwóch tygodniach czekania przypomniała o sobie, jednak „wciąż nie było żadnej odpowiedzi w sprawie” i nakazano czekać dalej. Minęły już kolejne tygodnie, a informacji jak nie było tak nie ma…

Ja z kolei trafiłam raz na stronę dziewczynki, której leczenie wynosi 400zł dziennie. Jej historia była bardzo ujmująca i nawoływania o pomoc w zbiórce pieniędzy aż chwytały za serce. Napisałam wiadomość, na podany na stronie adres mailowy, że nie jestem w stanie zasponsorować właściwie nawet połowy dziennego zapotrzebowania, jednak współpracuję z kilkoma poczytnymi portalami, na których można zamieścić ten sam baner, który znajdował się na stronie dziewczynki. Dzięki temu większa liczba osób pozna jej historie i zapewne znajdzie się ktoś, kto pomoże. Zawsze to więcej niż moja jednorazowa niewiele znacząca wpłata. To było chyba w maju ubiegłego roku. Do dziś nie otrzymałam odpowiedzi, nawet odmownej. Nic. Przy czym od grudnia na fanpage’u zaczęły pojawiać się przemawiające do naszego sumienia nawoływania 1% podatnku, bo każdy grosz się liczy.

Podobną sytuację miałam ok. 3 tygodni temu. Kiedy trafiłam na stronę chłopca, prowadzoną przez jego rodziców, którzy zbierają głównie nakrętki, choć darowizny i 1% podatku również mile widziane. Napisałam podobną wiadomość jak powyżej, jednak proponującą przesłanie dość sporej ilości nakrętek, które nie tylko ja zbieram, ale także większe grono moich znajomych, którzy chętnie przyłączyliby się do akcji. Poprosiłam więc o adres, na który mogłabym przesłać nakrętki. Przez 3 tygodnie nie otrzymałam odpowiedzi. Kiedy dziś wysłałam zapytanie z innego adresu mailowego, z prośbą o numer rachunku bankowego „ponieważ nie mogę odnaleźć go na stronie”. Odpowiedź miałam w ciągu pół godziny.

Zaczęło mnie trochę zastanawiać, trochę nawet smucić to, czym kierują się osoby prowadzące takie zbiórki. Bo gdybym ja potrzebowała pomocy, zwłaszcza dla swojego dziecka, to byłabym wdzięczna każdej osobie okazującej zainteresowanie i wykazującej choć minimalną chęć pomocy.

Nie domagałam się zapłaty, wdzięczności, ani rozpowszechniania informacji, która miałaby w jakiś sposób wpłynąć na promocję mojej osoby. Chciałam pomóc, zwyczajnie, po ludzku, z czystego serca, finansowo również, ale głównie chodziło mi o to, by trafić do jak największej liczby osób, które być może również chciałyby pomóc. Bo większa jest siła i większe możliwości w grupie, niż w jednej osobie. Dlaczego więc moje chęci zostały odrzucone, skoro te dzieci wciąż są potrzebujące?

fot. charitychoice.co.uk